Kiedy byłem dzieckiem, chciałem zmieniać i usprawniać świat. Pragnąłem służyć większemu celowi, nieść ukojenie, jednoczyć ludzi. Zastanawiałem się jak to zrobić. Wtedy myślałem, że najlepiej być przywódcą państwa, politykiem lub filantropem, który za pomocą władzy i pieniędzy może rozwiązać każdy problem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy uświadomiłem sobie, że nie tędy droga. Zanim to zrozumiałem, byłem już dorosły.
Wychowywany w etosie pracy na wsi, z domu rodzinnego wyniosłem przekonanie, że edukacja to bilet do lepszego jutra. Czas mojej nauki to historia wzlotów i upadków – od poczucia, że jestem najlepszy, po chwile zwątpienia oraz braku wiary w swoje możliwości, od małej szkoły na wsi liczącej 9 osób, po tętniący życiem świat miejski, od brylującego dziecka do wycofanego ucznia. W szkole podstawowej i gimnazjum byłem prymusem – wyróżniałem się w sporcie, w życiu towarzyskim, w nauce. To ostatnie pozwoliło mi trafić do jednego z najlepszych liceów w Polsce. Duma mieszała się z trwogą. Miałem wrażenie, że znalazłem się w środowisku gwiazd, które spadły z firmamentu i znalazły się w tym samym miejscu, co ja. Wewnętrznie przeżywałem rozdarcie. Walczyłem z kompleksami, z których zacząłem leczyć się dopiero podczas studiów. Wtedy zdałem sobie sprawę, że historia, którą piszę, choć moja – nie pasuje do mnie. Stopniowo zacząłem poznawać swoją wartość i docierać do kolejnych warstw. Stopniowo, gdyż systematycznie przybliżałem się i oddalałem od moich pragnień.
Wchodząc w dorosłość rozmyślałem o energii, emocjach, złożoności człowieka, cyklach życia. Jakkolwiek te tematy mnie pociągały, nie wiedziałem co zrobić z tą wiedzą. Kontynuując wcześniejszy kierunek, poszedłem na studia – prawo i ekonomię. Według standardów świata, który wtedy jeszcze mi imponował, wiedziałem, że moje wykształcenie pozwoli mi zostać osobą poważaną i dobrze sytuowaną społecznie. Poważaną ze względu na to, co osiągnąłem – nie dlatego, że po prostu jestem. I chociaż byłbym tam, gdzie tak pieczołowicie zmierzałem, ten świat nigdy nie byłby mój. Brzmi znajomo?
W toku studiów pojawiła się u mnie paląca potrzeba, aby wyjechać z kraju i oddalić się od obecnego życia. Najlepiej na cały rok. Ten czas pozwolił mi spojrzeć na życie z perspektywy osoby, która zakopała głęboko swoje marzenia, aby przypodobać się światu i zyskać jego akceptację. Zacząłem odkrywać innego siebie.
To był okres doniosłych zmian. Wyrwałem się z kieratu zadań, z chodzenia między wydziałami i zaliczania mało potrzebnych do życia przedmiotów, z ciągłego gonienia za czymś. Zyskałem przestrzeń na autorefleksję. Przeżyłem wtedy swoją ciemną noc duszy – głęboką transformację, która doprowadziła do rozpadu najważniejszych dla mnie związków ze światem: systemem wierzeń, stylem życia, częścią dotychczasowych wartości. Gdy wróciłem byłem prawdziwie inną osobą. Szukałem narzędzi, aby odnaleźć się w świecie. Pieniądze, które zarobiłem za granicą, przeznaczyłem na kurs medytacji dynamicznej metodą Silvy.
Dokończyłem studia. Po drodze odbyłem jeszcze praktyki na GPW oraz w kancelarii prawnej. Byłem po wewnętrznej transformacji i wciąż flirtowałem ze światem, który już w głębi duszy pożegnałem.
Przez następne kilka lat inwestowałem na giełdzie. Studiowałem psychologię inwestowania, budowałem systemy transakcyjne, chorobliwie śledziłem rynek. Długo zachodziłem w głowę, jak sam siebie przekonałem, że to właściwa droga. Po czasie wiem, że to co mnie naprawdę interesowało to psychologia i związany z nią proces decyzyjny. Po okresie emocjonalnej zawieruchy, zmiennej passy, dobiciu do dna zakończyłem moją giełdową przygodę. Dodatkowo stałem się ojcem i nie wyobrażałem sobie, że tak będzie wyglądało moje życie.
Rozpocząłem działalność gospodarczą. Wraz z ówczesną narzeczoną (obecną żoną) zaczęliśmy współpracę z biurami architektonicznymi w zakresie dostarczania elementów akustyczno – dekoracyjnych do wielkopowierzchniowych biur. Okres ten ostatecznie zakończyła pandemia. Równolegle żona zaczęła rozwijać artystyczną pracownię, która wyrosła z jej pasji do naturalnego koloru pozyskiwanego z roślin. Do tej inicjatywy przyłączyłem się także i ja. Nasza praca przeszła najśmielsze oczekiwania a pracowania i jej działania stały się rozpoznawalne w Polsce.
Od dziecka snułem wizje stworzenia przyjaznej przestrzeni, w której człowiek będzie czuł się bezpiecznie będąc tym, kim naprawdę jest. To był jeden z celów, który zapisałem mając kilkanaście lat. Z tym zamierzeniem nabyliśmy stare siedlisko poza miastem. Po czasie myślenia koncepcyjnego i remoncie zamieszkaliśmy w nim na stałe. Obecnie odbywają się tutaj warsztaty artystyczne, rozwojowe, praktyka jogi.
Póki co do tego miejsca doprowadziła mnie moja historia. Choć mamy różne doświadczenia, Twoja ścieżka życia w kontekście ludzkich zmagań jest podobna do mojej. Wyrastają z tej samej macierzy, której jesteśmy częścią.